VOD Pogoda Gry Katalog Firm Frazpc.pl Statystyki Stron Forum Hosting Programy Ipla Film Pozycjonowanie
Zaloguj się

2004-06-29 07:48:29,

Anja Orthodox - Promocja kontra sztuka

Na przestrzeni ostatnich dziesięciu mniej więcej lat nastąpiły wielkie zmiany na naszym krajowym rynku muzycznym. Z klimatów "jarocińskich" i "postjarocińskich" dźwięki wydobywające się z odbiorników RTV zamieniły się w plastikowo-popową papkę, w której coraz trudniej czasem odróżnić jednego wykonawcę od drugiego. Co się stało? Wiele osób zadaje sobie to pytanie. A odpowiedź jest dosyć prosta. Wolny rynek, kapitalizm i takie tam podobne rzeczy. Cechy, które niegdyś były najważniejsze, czyli bunt, bezkompromisowość, charyzma, stały się cechami drugo- a nawet i trzeciorzędnymi u wykonawców, jeśli chodzi o pozyskiwanie przez nich słuchaczy. W dobie bezwzględnego jednowładztwa pieniądza nie mamy się co dziwić, że zapanował on także nad sztuką.
Jest takie magiczne słowo, nieomalże zaklęcie w świecie ludzi związanych z naszym polskim show-biznesem. Tym słowem jest PROMOCJA. Generalnie bez promocji nie ma mowy o czymkolwiek udanym w tej branży. I właściwie nie powinniśmy się temu dziwić, bo jest to zjawisko na całym świecie normalne i zrozumiałe. Niemniej w Polsce, jak wiele innych zdobyczy nowego kapitalizmu przybrało ono formę niekiedy bliską groteskowej.

Obracając się sporo w środowisku muzyków, producentów i "decydentów" od fonografii i mediów, z ogromnym zaskoczeniem zdałam sobie sprawę, że w pewnym momencie sztuka, czysta sztuka, zeszła na plan dalszy. I począwszy od samego początku, jakim jest decyzja o wydaniu płyty przez firmę, poprzez jej produkcję i późniejsze prezentacje medialne, najważniejsze są pieniądze. Czyli co? Promocja - oczywiście. Często zapomina się w ogóle o tym, CO się promuje. Zamiast w centrum uwagi mieć to, CO się promuje, wydawcy i producenci cały nacisk kładą na to, JAK promować. Czyli intensywnie oczywiście. Gdy czasem słucham rozmów na temat przygotowywanego właśnie jakiegoś przedsięwzięcia muzycznego, dominują tam zagadnienia reklamy, marketingu, teledysków i powerplayów. I czasem tak sobie niewinnie rzucam: a może tak byście pomyśleli też o tym, aby sama muzyczka była super? i wtedy zapada pełna zaskoczenia cisza... Z przerażeniem wręcz obserwuję, jak rozmaici ludzie, którzy niegdyś nawet kochali po prostu dobrą muzykę, którzy się na niej nawet znali, teraz przestawili swoje myślenie na zupełnie inny tor. Oni nie udają, oni naprawdę teraz słuchają muzyki nie słysząc dźwięków, a jedynie dźwięk pieniędzy, czyli tzw. "potencjał komercyjny" lub jego brak. Masakra.

I tutaj moim zdaniem bije źródło tej rzeki plastiku i nijakości zalewającej nas z mediów pod nazwą współczesnej muzyki polskiej (chodzi mi oczywiście o muzykę rozrywkową, na poważnej się nie znam i na ten temat nie wypowiadam). Do produkcji i lansowania dopuszczane są rzeczy, które zdaniem "fachowców" trafią do jak najliczniejszego grona odbiorców. I tak właściwie to ma sens, jest logiczne i ekonomicznie uzasadnione. Tylko gdzieś tu tkwi błąd. I wydaje mi się, że wiem gdzie.
Otóż moim zdaniem ci nasi polscy odbiorcy wcale nie są tacy głupi, jak to się owym "fachowcom" wydaje. Wcale nie są ciemną, tępą masą, której potrzeba tylko "um cyk, um cyk" i rozgibanej blondyny z cyckami. Przemądrzali, zadufani w sobie decydenci, uważając się niesłusznie za elitę kulturalną i intelektualną czy jeszcze nie wiadomo jaką, nie są w stanie do siebie chyba dopuścić, że "zwykli" ludzie też mają duszę, uczucia i jakieś tam poczucie piękna. Nawet gdy nie mają za wiele rozumu i wykształcenia. To są rzeczy, które nie muszą iść z sobą w parze. Prosty człowiek, jakich jest w naszym kraju najwięcej, na rzecz niosącą w sobie duże emocje zareaguje także bardziej emocjonalnie. Może być nie wiem jaki głupi, ale czuć potrafi. Stąd chociażby taka popularność znienawidzonego przez konkurencję disco-polo. Tam niejednokrotnie biją istne gejzery uczuć: "on ją kocha, po nocach szlocha, a ona wybrała tego z Mercedesem czy innym Lanosem". Wykonywane są te utwory z przejęciem i zaangażowaniem. I trafiają. I wywołują w duszach rezonans. No, nie wszystkim, ale dużej części społeczeństwa. I to zdaje się jest ta najszczęśliwsza pod tym względem część społeczeństwa. Bo co dostają pozostali?

Przepuszczone przez maszynkę "komercyjnej produkcji" resztki wysiłku twórczego muzyków, którzy te utwory stworzyli. Tych muzyków zresztą, którzy i tak z racji w miarę bezpiecznego klimatu, jaki tworzą, zdołali w ogóle przedrzeć się przez to pierwsze sito, jakim są "fachowcy" słuchający nadesłanych do wytwórni kaset demo. Kim są ci fachowcy i skąd ich i kto wyciąga, to dla mnie jest od dawna wielką i nierozwiązaną zagadką. Fenomenem wprost niezwykłym. Nie będę się tutaj nad tym rozwodzić, bo to temat-rzeka, ale naprawdę mam wrażenie, że częstokroć są to jacyś ludzie z łapanki czy może skazani, którym karę więzienia zamieniono na pracę w firmie fonograficznej? W każdym razie jest to po prostu - jak się to mówi - "palma". No cóż, nie moje firmy, nie moja niby sprawa, ale w końcu wyrazić swoje zdanie mogę?


Gdy jest już płyta, dalej następuje etap "puszczania" jej w mediach. Rozgłośnie radiowe w dzikiej panice starają się wynaleźć u siebie jakiekolwiek resztki indywidualności, ale jedynie po to, aby je zlikwidować jak najdokładniej. Powstanie radia "Pogoda" było już ostatnim gwoździem do trumny, gdyż pojawiło się coś będącego już samą esencją komercji (zresztą przez to faktycznie bardzo atrakcyjną). Radia, mam wrażenie, bardziej teraz słuchają siebie nawzajem niż muzyki. Zwłaszcza nowych, ciekawych propozycji. Najważniejsze jest, aby nie przepuścić ani jednego pomysłu konkurencji, aby dać ofertę artystyczną tak samo dobrą, za to lepszą oprawę słowno-rozrywkową (zdaniem każdej z osobna - właśnie jej się to udaje). Kiedyś prezenterzy radiowi mieli dużą swobodę w puszczaniu muzyki, później pojawiły się power-playe, potem całe playlisty. Ale jeszcze ciągle dawało się "przemycić" to, co akurat dany prezenter lubił najbardziej, coś innego, coś ciekawego, czasem kontrowersyjnego. Potem szefowie zaczynali czyścić swoje stacje z niekomercyjnych radiowców, były chodzenia na dywanik za puszczanie "niewłaściwych" zespołów lub całych gatunków muzycznych. Obecnie w większości rozgłośni ten problem został w prosty sposób wyeliminowany. Mianowicie playlista jest w komputerze, a w reżyserce nie ma odtwarzacza CD. Można zagrać tylko to, co zostało z namaszczeniem szefostwa wprowadzone na twarde dyski. No i mają problem z głowy - jak w reklamie Hellmansa. Teraz już nie grozi, że przysłowiowa "gospodyni domowa", usłyszawszy coś zbyt trudnego na jej ptasi móżdżek, zmieni stację. Zresztą... kto by teraz je zmieniał, przecież i tak wszędzie leci to samo.


Wydawałoby się, że paranoja osiągnęła swój pułap... Ha! Wcale nie! Okazało się, że jeszcze dało się coś wymyślić. Zawsze wielką sztuką było załatwienie "powerplaya". Kryteria wyboru, licząc od najważniejszego, były w uogólnieniu takie: znaczenie firmy fonograficznej wydającej materiał, układy finansowe, układy personalne, ustalenia w branży, wartość artystyczna. Żeby nie było, że jestem taką straszną malkontentką. Wpisałam wartości artystyczne - też się liczą, a jakże! No i wracam do tego, od czego zaczęłam ten akapit. Otóż wymyślono jeszcze coś. Teraz, aby utwór trafił na "powerplaya", pojawił się zwyczaj przeprowadzania dodatkowo ni mniej, ni więcej, tylko... badań rynkowych! Zapotrzebowanie na utwory muzyczne testuje się wstępnie jak nowy rodzaj margaryny czy proszku do prania. Ja naprawdę nie żartuję ani nie zwariowałam. To zjawisko ma miejsce!
W telewizji jest właściwie pod tym względem i nieco lepiej i dużo gorzej zarazem. Tam nie ma takiego hopla z "komercyjnością" muzyki. Natomiast problemem jest to, że i tak prawie nie ma jej w TV. Co zresztą sami wszyscy widzą. No bo wiadomo - lepszą oglądalność mają teleturnieje, Bigbrothery czy wreszcie filmowe disco-polo - czyli brazylijskie seriale. Teledyski są strasznie drogie w produkcji, a nie ma ich gdzie puszczać, więc wydawcy coraz mniej środków łożą na videoclipy, woląc te pieniądze przeznaczyć na inną, mniej dla zwykłych ludzi widoczną "promocję".


Nieliczni, którym uda się mimo to polubić jakiegoś mniej komercyjnego wykonawcę to napotykają przed sobą kolejne schody. Mianowicie - gdzie dostać jego płytę. Sklepy nie mają bo albo nie wiedzą w ogóle o istnieniu danego wydawnictwa, albo i tak nie ma go w hurtowniach. Zaś hurtownie nie zamawiają w firmach, bo dany wykonawca "nie chodzi" w mediach i w związku z tym na pewno się nie sprzeda. Tworzy się błędne koło. I właściwie nie wiadomo jak je przerwać. Owszem można by, gdyby w danego artystę firma wpompowała wielkie środki na promocję i używając przeróżnych metod im tylko znanych, mimo wszystko wcisnęła go w uszy głodnych słuchaczy. Takie sytuacje choć nieliczne się zdarzyły. Choćby przykład znakomitego O.N.A. Ale z reguły jest tak, że strach przed porażką finansową jest silniejszy. A także przed zagranicznymi szefami wielkich koncernów płytowych, których nasze największe firmy są przedstawicielami. Są oczywiście firmy czysto polskie, niezależne od światowych gigantów, ale one nie mają z kolei takich pieniędzy aby swoich reprezentantów przepchnąć na szczyty.


Obraz naszego rodzimego rynku muzycznego odmalowałam w bardzo ciemnych barwach, zdaję sobie z tego sprawę, ale niestety jest on dosyć prawdziwy. Obecnie szanse na duże i skuteczne wypromowanie mają jedynie utwory jak najbardziej zbliżone do przeciętnej. Tak jak zwycięskie rodziny w Familiadzie. Ale moim zdaniem jest to przeciętna, że tak powiem "z drugiej strony" - czyli po prostu ci wykonawcy, którzy pomimo swojej nijakości dadzą się jeszcze słuchać. Na zasadzie: "na bezrybiu i rak ryba". Póki ktoś tam gdzieś tam nie zrozumie, że szara masa też chce czasem wznieść trochę wyżej, też pragnie coś przeżyć intensywniej niż zwykle i po prostu odetchnąć choć powiewem sztuki, to nie mamy szans na to, żeby coś się zmieniło. Będziemy mieli w tym kraju permanentny klimat "Familiady". Niby zgodne z obecnym trendem polityki prorodzinnej, ale...

Anja Orthodox dla muzyka.gery.pl i muzyka.poland.com

Komentarze użytkowników

gość

2008-08-12

Człowiek inteligentny, pragnący posłuchać czegoś bardziej ambitnego znajdzie drogę żeby tego słuchać.

Dodaj komentarz

Nick:

Przepisz kod z obrazka:

Znasz wiosenne trendy modowe? Zobacz teraz!